czwartek, 10 października 2013

Pedofilu, to nie Twoja wina



Ubierają się wyzywająco jak małe lolitki. Tuptają różowymi trzewikami po wyboistej szarzyźnie, uśmiechając się zalotnie. Jakby czegoś chciały. Kobietki. Miniaturki dorosłych kobiet. Nieświadome potrzeb swojego ciała. Pozostają dziećmi poszukującymi ciepła rodzinnego, o którym w śniadaniowej telewizji pieją drętwe twarze psychologów. One potrzebują miłości i duchowego pojednania. Na Twoich kolanach okrytych sutanną. Znajdują radość, której nie dała im rozbita rodzina.


Kościele katolicki. Trwasz nieprzerwanie od wielu lat. Zduszasz wewnętrzne konflikty i spory. Przyjmujesz do wiadomości  słabnącą frekwencję wiernych na co niedzielnych eucharystiach. Bierzesz na klatę postępujące i coraz bardziej widoczne skostnienie wyznawanych prawd wiary. Zaciskasz zęby, przymykasz oczy i spuszczasz w toalecie oskarżenia o pedofilię szerzącą się w strukturach kościelnej hierarchii. Z małym i nieśmiałym westchnieniem ulgi. Jesteś twardy i nieporuszony. Niczym samotny głaz smagany nagłymi porywami wiatru.


Wnet coś pękło. Coś się zmieniło. Dotychczasowy, kościelny dyskurs, zamiatania pedofilii pod perski dywan, uwiązł w gardle nieporadnego Cycerona. Arcybiskup Michalik, człowiek zasłużony dla kościoła i zarazem pasterz otaczający troską zbłąkane owieczki i baranki, zdecydował w akcie niewytłumaczalnej desperacji, odsunąć od siebie i swoich kolegów, popełnione przez Kościół zbrodnie na tle seksualnym. Nie wiedzieć czemu, zamiast pożalić się na topniejącą frekwencję parafian albo pochwalić się świeżo wybudowaną świątynią w kilkusetosobowej miejscowości, „arcyczłowiek” Michalik pojechał po bandzie:


„Wiele tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.”


Drogi Pedofilu. Życie w kraju, czy na obczyźnie ciężkim Ci jest zapewne. Zewsząd ludzie wytykają Cię palcami, traktując Cię jak jakiegoś niewyobrażalnie paskudnego i groźnego potwora. A Ty jesteś człowiekiem. Istotą ludzką, która w przeciwieństwie do innych, baczy na dramat dziecka pozbawionego miłości rodzinnej. Widzę, żeś jest człowiekiem wyrozumiałym, cierpliwym i skorym do poświęceń. Gdyby nie było tej całej patologii rodzinnej, nie byłoby chłopców i dziewczynek złaknionych miłości. Nikt by Cię nie szukał. A Ty… nie dałbyś się znaleźć. Prawda? Twoje oczy wyrażają skruchę. Dostrzegam w nich dobroć. Lgniesz do tych aniołków, bo tylko Ty możesz im pomóc. Przytulić. Pocałować… Polubiłem Cię. Podoba mi się Twoja pasja i oddanie potrzebującym. Nie zamartwiaj się reakcjami na Twoją odmienność. To dar. Twoja życiowa misja. Zdaję sobie sprawę, że Twoja egzystencja poza kościołem musi być… problematyczna. Dlatego proponuję Ci… wstąp w nasze szeregi i wyzwól się z niesprawiedliwego ostracyzmu. Przestań się ukrywać, bo ten, który Cię sądził będzie, rozumie wszystko.  


Trochę mi smutno z powodu całej afery. Wiara ludzi wierzących po raz kolejny została zdeptana przez instytucję, która nie istniałaby bez ich oddania i zaufania. Wiara staje się coraz bardziej zindywidualizowanym dialogiem, coraz mniej zależnym od zdemoralizowanych murów świątyni.






wtorek, 8 października 2013

Miłość na bogato śmierdzi, ale podnieca

Wykąpawszy się i odziawszy, wypiłem poranną kawę z mlekiem, zjadłem ususzone banany obtaczane w cukrze i oleju roślinnym i wpadłem, jak wrzucona do głębokiej studni cegłówka, do Internetu. Zalepione porannym spowolnieniem oczy wypełniły się, próbującymi orżnąć moje znudzenie, tytułami artykułów na Onecie. Ronaldo powiesił własną matkę w salonie. Na zdrowie. Niech mu wisi i przynosi szczęście. Oby dobrze ją zakonserwował, żeby w upalne dni przesadnie nie śmierdziała. Przekląłem Onet oraz jego tanie sztuczki i przełączyłem się na Kwejka. Jeden obrazek. Kilka obrazków. Kilkanaście zdjęć, obrazków, grafik i komiksów. Co druga pozycja próbowała zmusić mnie do śmiechu. Starałem się podnieść kąciki ust, wykrzywiając gębę w wyklepanym grymasie zadowolenia, ale zastygłem z twarzą żuczka gnojarza turlającego przed sobą kulkę gówna. Poczułem niezwerbalizowaną pustkę istnienia, nie wiedząc jak żyć w dobie zwerbalizowanej pustki Internetu.


Wtedy pojawiła się ona. Ubrana w zwiewną purpurę na warszawską modłę. Subtelna, przystępna i konkretna. W swobodny sposób proponowała przyjemny styl życia. Nie myśl, nie zastanawiaj się, nie krytykuj, nie doszukuj się sensu. Jedz, nie módl się i kochaj. Nie za mocno. Płytko, powierzchownie i trywialnie. Miłość konsumuj jak cheeseburgera albo schabowego. Łapczywie i bezrefleksyjnie. Na pomalowanym na złoto talerzu stojącym na kompaktowym stoliczku z Ikei. Chwytaj dzień. I szampana. Razem z dietetyczną owsianką. Na śniadanie, obiad i… kiedy tylko najdzie Cię ochota. Na kolację tylko drinki. Z palemką, na białej kanapie i białych fotelach. Aby Twoje szczątki refleksji i krytycyzmu odbić i zostawić.


Miłość na bogato! Cóż to jest za serial. Wytłaczany  w oblepionej grzybami jaskini, krasi lepiej lica niż łącka śliwowica. Esencją tejże dumnej, polskiej produkcji są aktorzy. Naturszczycy. Ludzie z warszawskiej ulicy. Co tydzień wypluwają z siebie, z niemałym trudem, ciąg utkanych na chybił trafił zdań, które zupełnie przypadkiem, coś oznaczają. Znajomość słów opisujących daną rzecz, stan lub zjawisko to dar wykorzystywany przez serialowe gwiazdy bez pomyślunku, czci i wiary. Ekipę warszawską, na widok której Hitler zrezygnowałby z inwazji na Polskę, tworzy sześć kobiet/dziewczyn/gąsek/ludzkich wydmuszek oraz czterech pancernych z klubem zamiast czołgu. Telewizyjno-internetowi milusińscy mają swoje własne, pozbawione scenariusza dramaty życiowe. Na przykład Justyna, jako zagorzała fanka chomików i koni, przeszła kilka operacji plastycznych upodabniających ją do Marlona Brando w Ojcu Chrzestnym. Albo lubi sobie wypełniać policzki watą cukrową. Urodziła się w Wałczu i tam powinna zostać do końca swoich dni, ale naoglądała się za dużo programów MTV i zapragnęła zmiany otoczenia oraz wiejskich zapachów. Przyjechawszy do stolicy z walizką wypełnioną słoikami i dolarami, zamieszkała u kuzynki Marceli, jedzącej na śniadanie płatki z ruskim szampanem. Nie ma w tym nic złego. Alkoholu przed trzynastą nie piją tylko dżentelmeni i… właściwie tylko oni.


Marcela jest zawodową modelką. Najczęściej pozuje przed lustrem w przymierzalni jakiejś elitarnej sieciówki pokroju Tesco albo Carrefour. Nienawidzi fałszu, Moniki – Ex Janka (chłopaka Marceli), zboczonych troglodytów prowadzących castingi i samego Janka. Kocha warszawskie predyspozycje i supozycje. Kiedyś chciała zostać nauczycielką języka polskiego, ale odkąd napisała w liście motywacyjnym „Ja Tobie dziękuję za tę predyspozycję”, nie dostała żadnej odpowiedzi na rozesłane CV. Janek przez tydzień pocieszał Marcelę szampanem z musli, oglądając z nią Modę na sukces od końca. Chłopak Marceli jest właścicielem klubu. Lubi opalać się natryskowo. Gardzi prawdziwym słońcem i shoppingiem. Zdarza mu się wysyłać Marcelę na zakupy z jego najlepszym kumplem, który obdarza Marcelę powłóczystym spojrzeniem, dokonując profesjonalnej oceny jej kreacji za pomocą zbioru epitetów: fajny, fajne, fajna, fajnie, fajno. Miodek łeb by mu ukręcił i do Wisły spętanego wrzucił. Kumplem dwóch kumpli jest trzeci kumpel. Gawron, waran, baran. Nie pamiętam. Łysy w czapce z daszkiem zgrywa rozwydrzonego dzieciaka, który ucieka z domu, żeby coś, gdzieś, czymś wygrać, albo przegrać. Najpewniej wieje przed swoją dziewczyną. Z eleganckim czołem wysokości londyńskiego Big Bena i manierą starannego dobierania słów jak dziecko stojące przed mikrofonem na konkursie recytatorskim francuskiej poezji. Łysy baran często kłóci się z Panią Big Ben, nie mogąc sobie poradzić z własną niedojrzałością i niezdrowym uwielbieniem rury wydechowej. Parę, poturbowanych emocjonalnie dzieci, godzi siostra Barana vel Gawrona, którą od innych dziewcząt odróżnia tusza Samwise’a Gamgee, towarzysza wiecznie naćpanego Froda. Ekipę dopełnia wiecznie spóźniony pracoholik oraz jego pomylona dziewczyna nieustannie nawijająca o dzieciach albo innych pierdołach. Gwoździem programu i różą pośród mleczy jest Monika. Gibka, smukła i niewyżyta. Rozkłada nogi na huśtawce i na „czerwonym, polskim dywanie”, puszczając do widowni oko. Róży. Ma starego faceta, który trzęsie Warszawą i skupuje całą viagrę z Polski, żeby zaspokoić żądze Moniki.


Miłość na bogato to sprytnie zrobiona kupa, której smród nie przeszkadza setkom tysięcy, skamlących i zawodzących na serial ludzi, smarować się nią, co tydzień przed telewizorem i w Internecie. Dzięki Miłości na bogato nasze życie pachnie odrobinę lepiej. Pod warunkiem, że w czwartek wieczorem bierzecie prysznic.


sobota, 5 października 2013

Kochają kit wciskać

Rodzice skoczyli pod nisko zawieszony sufit w filigranowym mieszkanku, zbierając włosami, wypranymi w inteligentnym szamponie, dostojnie zwisający kurz. Syn dostał się na europeistykę. Albo na stosunki międzynarodowe. Nieważne. Dziecko, które w wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń i błędnych decyzji, zapracowało sobie na miano przygłupiego i topornego, odniosło spektakularny sukces życiowy. Będzie studiować. Pośród przyszłej śmietanki intelektualnej Polski.


- Zdobędzie wyższe wykształcenie. Wysokie jak Kościół Mariacki. Jak Pałac Kultury. Ludzie będą podziwiać z lekką dozą nieśmiałości, ubolewając nad własnym, prostym, wręcz prostackim losem. Będą żałować, że obierając ziemniaki na niedzielny obiad, nie przyjdzie im do głowy filozof roztrząsający spraw życia i śmierci. Nie powie im, co powinni odczuwać, podczas trywialnej czynności codziennej, aby swą blednącą egzystencję uwypuklić i wzbogacić. Kartofle w gardle im staną. Nie zrozumieją wieczornych wiadomości, nie wiedząc jak przyporządkować nazwiska czołowych polityków do najbardziej ekscytujących afer. To wszystko nic. Ci ludzie, spode łba onanizujący się widokiem człowieka pnącego się po szczeblach edukacyjnej kariery, nie będą w stanie wymienić kilku systemów politycznych, chociaż udają, że w jednym z nich żyją. Popełnili błąd, nie decydując się na związanie swojej przyszłości z intelektualnym oświeceniem i teraz wegetują, jak powidła w warszawskich słoikach.


- Studia pokażą mu jak skomplikowany i różnorodny jest świat. Nauczy się globalnej tolerancji do ras gorszych i mniej wydajnych w realizowaniu indywidualnych aspiracji. Dowie się jak zagospodarować przestrzeń, która nie istnieje oraz według jakich zasad stawiano domy w afrykańskich plemionach. Spenetruje myśli największych poetów i sam będzie tworzył kanon współczesnej literatury pięknej. Pozna tajniki generowania pozytywnej energii, poprzez odpowiedni układ wdechów i wydechów. Świat niegdyś zarezerwowany dla wybitnych i możnych humanistów, stanie dla niego otworem. Wwierci się w jego mięsistą świadomość i zainicjuje obsesyjny głód wiedzy.


- Zamieszka w dormitoriach oddających cześć bezkompromisowej nauce i odpowiedzialnemu poznawaniu dorosłego świata. Znajdzie się wśród najlepszych żaków. Synów i córek współczesnych elit symbolicznych, które utwierdzą go w przekonaniu, że bez teoretycznej wiedzy naukowej, nigdzie by nie doszli i nic by nie osiągnęli. Ukończywszy studia z wyróżnieniem, polski rynek pracy powita go z otwartymi ramionami, chwaląc jego umiejętności praktyczne, jakie nabył podczas intensywnej nauki na Uniwersytecie i w swoim pokoju, dzielonym z przyszłym artystą albo profesjonalnym graczem…


- Mamo, Tato…  
- O co chodzi Skarbie?
- Chyba zostanę spawaczem. W Anglii.








czwartek, 3 października 2013

Oda do kobiety

Jesteś kobietą. Żywcem wyciągniętą z reklamy kremu ujędrniającego. Albo oleju z pierwszego tłoczenia. Zawsze gotowa i nieustannie w niedoczasie. Aparycja to Twoje drugie imię. Urodziłaś się w cywilizacji piętnującej brzydotę bardziej niż głupotę. Masz pecha i szczęście jednocześnie. Twój uśmiech ratuje afrykańskie dzieci przed głodem albo polską drużynę piłkarską przed upadkiem. W długich i pofalowanych włosach wyglądasz równie olśniewająco jak bez włosów. Dlatego po umyciu zębów dokładnie depilujesz całe ciało. Gładkość pupci niemowlęcia jest w modzie. Chropowata może być co najwyżej broda Twojego faceta. Czy on właśnie umył naczynia?


Jesteś głównym i jedynym winowajcą. Nie zastanawiasz się, co zrobiłaś źle i czy przypadkiem wina nie leży po obu stronach. Zaciskasz zęby, podajesz do stołu i bierzesz grzechy całego świata na klatę. Niezależnie od kształtu i rozmiaru. Czujesz się winna, gdy Twój facet wzdycha w świetle księżyca, marząc o większej wyporności Twoich płuc.  Zrobiłabyś wszystko, żeby go zadowolić, ale w tej chwili Twoja pensja ledwo starcza na pokrycie pasji Twojego faceta, który skupuje złote pokemony z Chin. Cieszysz się, że w końcu znalazł sobie hobby, a do chirurga umówisz się w przyszłym miesiącu.


Jesteś rodzicielką. Czasem nie możesz mieć dzieci. Czasem jeszcze ich nie masz. Prawda jest taka, że nie staniesz się prawdziwą kobietą, dopóki Twój rozjuszony facet nie ujrzy jak z Twojego łona wypełza nowy człowiek. Syn. Córka też może być, ale dziadkowie sypną większą kasą, jeżeli będzie miała penisa. Nie chcesz zawieść najbliższych Twojemu sercu, więc zdajesz się na opinię ekspertów. Odwiedzasz wróżkę z bloku naprzeciwko, posiłkujesz się starożytną astronomią i czytasz poradniki Reader’s Digest reklamujące pozycje zdeptanego kwiatu lotosu, jako jedyną, która wzmacnia męskie chromosomy podczas aktu zapłodnienia. Jesteś zestresowana, bo znajoma wróżka przepowiedziała Ci narodziny córki. Na szczęście po obejrzeniu dokumentu o małej Madzi z Sosnowca wyciągasz się na fotelu i zapadasz w błogi sen. Na pięć minut.  


Jesteś zabiegana. Biegasz wszędzie i zawsze, choć za bieganiem nie przepadasz. Biegniesz, aby zdążyć na tramwaj. Biegniesz, aby nie zebrać opieprzu od szefa. Biegniesz na film do kina. Gdy już nie masz siły biegać, idziesz na siłownię i wskakujesz na bieżnię. Aby trochę pobiegać i zrzucić zbędne kilogramy. Czas to dla Ciebie pojęcie względne. Potrafisz wspaniale zaginać czasoprzestrzeń, szczególnie gdy Twój chodzący jak w zegarku facet czeka na Ciebie dłużej niż pięć minut, a Ty potrzebujesz kolejnych trzydziestu. Nie wszyscy potrafią manipulować czasem jak Ty, dlatego często jesteś postrzegana jako spóźnialska primadonna.



Jesteś stabilna emocjonalnie. Przez dwie albo trzy sekundy. Wiesz czego chcesz i nikt Ci nie wmówi, że jest inaczej. Chyba, że Twoja najlepsza przyjaciółka zadzwoni do Ciebie w trakcie obiadu, oznajmiając Ci, że powinnaś rozstać się ze swoim facetem, bo w Angorze napisali, że Skorpion nigdy nie dogada się z Wagą. Potwierdzasz wątpliwości przyjaciółki, przytaczając sytuację, kiedy Twój miły kilkakrotnie pytał Cię o wagę, choć wyraźnie sygnalizowałaś, że nie życzysz sobie ujawniać swoich największych sekretów. Co innego, gdy pytał o pin do Twojej karty kredytowej. 



wtorek, 1 października 2013

Pukała wielu, a teraz puka do Twoich drzwi

Zdrada. Pojawia się równie niespodziewanie, co list wzywający do uiszczenia absurdalnie wysokiej kary pieniężnej za przetrzymanie Dzieci z Bulerbyn. Fatalna w skutkach. Sieje spustoszenie wśród serc niegdyś zakochanych w sobie bez pamięci kochanków, wprawiając w intensywny stan osłupienia. Jak problemy z łączem internetowym, których nie potrafi rozwiązać najlepszy konsultant IT. Zatrudniony na umowę o pracę na czas nieokreślony. Z kartą multisport.


Dopuszczenie się zdrady może wydawać się idiotyczne. Dwoje ludzi, dysponujących umiarkowanie rozwiniętymi mózgami pod względem emocjonalnym, zobowiązało się, w obecności przepełniającej serca miłości, bujać się przez życie w romantycznym duecie przez pewien mniej lub bardziej określony czas. Po miesiącach bądź latach wspólnej, niepatologicznej koegzystencji jedna ze stron przechodzi na ciemną stronę mocy i w hitlerowskim hełmie Dartha Vadera oddaje się aktowi zdrady, doprowadzając Yodę do płaczu. I do poprawnej składni.


W rzeczywistości zdrada ma sens. W dobie ciągnących się w nieskończoność związków damsko-męskich, powszechnego zblazowania społecznego i nagminnie przesolonej zupy, odpicowanie własnego ego staje się wyzwaniem. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety cierpią na permanentne niedowartościowanie w oczach swoich, partnera, rodziny, kolegów z pracy, przyjaciół z kółka różańcowego oraz kumpli z kolejki w Urzędzie Pracy. Najszybszym sposobem na znaczące zwiększenie narcystycznej sympatii do samego siebie jest znalezienie i tymczasowe usidlenie kogoś, kto w danym momencie wydaje się nam ładniejszy i zabawniejszy od naszego ponurego partnera o twarzy Golluma. Gdy do złudnego wrażenia ogólnej zajebistości świeżo poznanej osoby dochodzi 60 – calowy telewizor oraz 400 – metrowy dom (strategicznym posunięciem  będzie prośba o okazanie aktu własności), zdrada często przeradza się w poważniejszą relację opierającą się nie tylko na seksie, ale także i na kasie. W trakcie fizycznych uciech z ponoć atrakcyjnym i ponoć inteligentnym człowiekiem, czujemy się lepsi i bogatsi. O poczucie boskości oraz dwa udawane orgazmy.


Zdradzony, dowiedziawszy się o pospolitym hobby zdradzającego, zostaje wezwany do zmierzenia się z palącym problemem, o którym najchętniej by zapomniał. Niestety nie może. W natłoku wiadra łez, pirackich okrzyków i patetycznych sformułowań wyjętych z elementarza dla początkujących romantyków, zdradzający nieustannie o zdradzie przypomina. Matoł. Po zdecydowanie przydługiej serii przeprosin za popełnione grzechy, za własne życie i za rude włosy,  rozpoczyna się faza urabiania poszkodowanego poprzez nakreślanie barwnych obrazów w pełni uzasadniających konieczność dopuszczenia się zdrady. Okazuje się, że głównymi winowajcami byli: Johnny Walker, Leśny Dzban oraz jurne Harnasie. Takie wyznanie należy traktować jako piramidalnych rozmiarów ściemę bez pokrycia w sensownie brzmiącej historyjce wyssanej z palca. Pamiętajcie. Alkohol w przeciwieństwie do ludzi jest wierny. Aż po grób. Po zdradzie można wybaczyć i żyć dalej, albo można ukochanego zastrzelić i żyć dalej. W więzieniu o zaostrzonym rygorze, z mydłem przyspawanym łańcuchem do ręki.


niedziela, 29 września 2013

Gdy Alik jeszcze żył...


W małym mieszkaniu na Żoliborzu, przy ulicy owianej tajemnicą państwową, domownicy nieprędko i ospale szykowali się do powitania - jak wskazywał pozbawiony stylu termometr wiszący za oknem kuchennym - słonecznego, bezchmurnego dnia.  Do kuchni bezgłośnie, na miękkich różowych poduszkach wbiegł - wciąż zamroczony po wczorajszej popijawie - Alik. Podniesionym, trochę zwichrowanym ogonem powitał półmisek pełen mleka. Choć Alikowi mleko wydało się przesadnie nieświeże, swoje zastrzeżenia dotyczące jakości postanowił zachować dla siebie. Szósty zmysł podpowiadał mu, że Pan nie będzie zadowolony z narzekań na temat mleka, które przecież zupełnie sam polecił zakupić jednemu ze swoich bardzo zaufanych ludzi w proponującym bardzko konkurencyjne ceny sklepie osiedlowym "Jeszcze Polska nie zginęła". Alik uwielbiał ten sklep, chociaż nigdy nie miał okazji wybrać się na zakupy w niedzielne popołudnie. Jego Pan słynący z ultrakonserwatywnego podejścia do zwierząt domowych, nie tolerował shoppingu na dziko - tym bardziej w niedzielę. Alik z wielu żarliwych i soczystych opowiadań Pana, stworzył w wyobraźni, tętniący kocimi klientami, obraz sklepu osiedlowego "Jeszcze Polska nie zginęła". Sklep był ogromny. Niepospolicie ogromny.


"Jeszcze Polska nie zginęła" był potężnym pałacem z trzydziestoma wieżyczkami, dwoma bramami wjazdowymi i wyjazdowymi, wielkim dziedzińcem, na którym za kilkudziesięcioma włóczkami przedniej wełny biegały odurzone cudownością tego miejsca koty. Do sklepu, który był pałacem albo do pałacu, który był sklepem, dojeżdżało się luksusowym dyliżansem, do którego podczepionych było sześć, a czasem dwanaście ogierów z równo przyciętą, lśniącą złotem grzywą. Wnętrze sklepu  jeszcze bardziej porażało zmysły klienta. Dwadzieścia długich na 200 metrów rzędów. W każdym rzędzie znajdowało się 500 półek sklepowych, a na każdej półce lewitował w srebrzystej poświacie mięsisty, wszechwładny WHISKAS o najróżniejszych smakach. Dla żebrzącej gawiedzi z dachów przygotowano standardowe smaki : wątróbka, królik, kurczak i kaczka. Dla kociej elity, w tym także elity politycznej, posunięto się w swym produkcyjnym zuchwalstwie i sklepowej megalomanii do tego stopnia, że koci patrycjusze mogli zadowolić swe delikatne i wyrafinowane podniebienia, WHISKASEM o smaku wielbłąda, psa, pingwina, żaby, a nawet o smaku perskiego kota. "Jeszcze Polska nie zginęła" był niewiarygodnym miejscem, w którym sprzedawcy traktowali klientów prawie jak członków rodziny. Oczywiście Alik wiedział, że ów raj nie paktuje z Czerwonym Krzyżem i za wszelkie luksusowe dobra  przyjdzie mu - przyszłoby mu, gdyby miał okazję - słono zapłacić. W końcu to sklep osiedlowy.


Tymczasem w  mieszkaniu pojawił się gość. Alik zmienił stan zamyślenia na stan uważnej obserwacji. Ktoś otworzył drzwi od pokoju sypialnego, przeszedł w nieciekawych bamboszach przez przedpokój i wkroczył, z nieznaczną - prawie niezauważalną utratą równowagi, do kuchni.

- To moja kuchnia - podkreślił z butą w głosie, trochę do siebie, trochę do kota i trochę do wszystkich nieożywionych przedmiotów kuchennych Jarek K. Moja lodówka, moja zamrażarka, moje okna, moje firanki, moje szafki, półki, stołki i kołki, moje talerze, sztućce, serwetki, wazony, dzbanki, szklanki, kubki i kieliszki, moja podłoga, mój mop, moje środki czyszczące pod zlewem, mój zlew, kosz, worki na śmieci i stare wydania Gazety Polskiej, nawet Alik jest mój - zakończył tyradę głośno sapiąc Jarek K.  

Usłyszawszy swoje imię, Alik skoncentrował się na swoim Panie, wiedząc, że lubi on się czasami zwrócić do niego w trudnych sprawach. Żeby ułatwić swojemu Panu dotarcie do jego uszu, Alik zwinnie i jakby od niechcenia wskoczył na ladę kuchenną, przykuwając swoim zachowaniem uwagę wzburzonego Pana.  

- Aliku!? Czyś Ty do reszty zwariował?! - zagrzmiał dość piskliwie Jarek K. W tej chwili opuść moją ladę kuchenną, której nienarzucająca się biało-czerwoność podkreśla nasz - mój i Twój Aliku, patriotyzm! - wydał groźne polecenie Jarek K.
- Poza tym, jesteś tylko kotem bez mandatu poselskiego, co niejako stawia sprawę jasno. Nie dysponujesz odpowiednim immunitetem, żeby bezkarnie wskakiwać na lady kuchenne - dodał rozeźlony, ale wyraźnie podbudowany racjonalnym argumentem, który przyszedł mu do głowy w ostatniej chwili.

Alik ujrzał swego Pana, pogrążonego w chorobliwej wściekłości. Nie mógł zrozumieć, dlaczego kotom nie wolno wskakiwać na lady kuchenne. Czy na ludzi ktoś się złości, gdy chodzą po jego stole? Ponieważ Alik był mądrym i uczynnym kotem, nie odpowiedział sobie na to pytanie i stwierdził w myślach, że poprawi swojemu Panu humor, opowiadając mu o sklepie osiedlowym, który można było dostrzec przez okno kuchenne. Jarek K. nie mógł uwierzyć w to jak bardzo kot, jego własny kot, który jest podporządkowany tylko jemu i nikomu innemu, prezentuje lekceważący stosunek wobec jego rozkazów. Strumień cierpkich i ostrych słów wylał się z ust zdenerwowanego Jarka K.

- Bezbożnik! Innowierca! Podły heretyk uprawiający koci nierząd na moich cnotliwych oczach , na tej nieskalanej złem i Unią Europejską ladzie kuchennej, mojej ladzie kuchennej, której wyrobnicy zamieszkują Budapeszt od najmłodszych lat! Ty kocie, Ty futrzana kulko zdolna do myślenia tylko o podstępnych, odartych z dobroci chrześcijańskiej sposobach, które mają doprowadzić mnie i moich bardzo zaufanych ludzi do upadku! Jak śmiesz podważać moje zdanie, zdanie Jaśnie Wielmożnego Prezesa, którego autorytet jest tak wielki, że nie mieści się w sali sejmowej?

Alik coraz bardziej przejęty coraz mniej zrozumiałą pantomimą Pana, zaczął robić to co robią wszystkie koty, gdy chcą się przypodobać swoim właścicielom. Zaczął przybierać wzruszające, chwytające za serce, miny i minki, obok których nawet twardy i nieustępliwy Jarek K. nie mógł przejść obojętnie.

Czy Ty Aliku... - zaczął nieśmiało Jarek, czy Ja, czy Ja byłem wobec Ciebie niemiły? Proszę nic nie mów, wiem, że byłem dla Ciebie niemiły. Zawsze taki jestem i za każdym razem musisz mi to przypominać. Zdaję sobie sprawę jak uciążliwe jest to dla Ciebie. Obiecuję, mój Drogi Aliku, już nie będę na Ciebie krzyczał, przysięgam. Powinieneś uzmysłowić sobie, że moje życie to pasmo wzlotów i upadków. Teraz przechodzę przez trudny okres. Jak wiesz, Donald poczyna sobie całkiem nieźle - w końcu jest premierem i to on dostaje największe kawałki tortu. Sondaże Aliku dają mu 15% przewagę nad moją partią! 15% to już jest przepaść. Nie mogę go już bezpodstawnie krytykować. Jestem na społecznym minusie. Wierzy we mnie jedynie nasz stały, nienawidzący całego świata elektorat. Dobrze, że przynajmniej nas lubią. Aliku, potrzebuję czegoś co wprowadzi naszą polityczną rodzinę w nową erę, która pozwoli nam zatryumfować nad naszymi wrogami! Coś co sprawi, że ludzie się od nich odwrócą i zawrócą ku naszemu obozowi. Potrzebujemy cudu.. - zamyślił się Jarek K, przypatrując się z zastanowieniem biegającej po szybie łapce Alika, która zataczała coraz ciaśniejszy krąg nad małym, niepozornym sklepem osiedlowym "Jeszcze Polska nie zginęła", gdzie po niedzielne sprawunki chodzili bardzo zaufani ludzie Jarka K.


Alik rozpoznał błogi stan jaki rozpostarł się na twarzy Pana. Coś mu mówiło, że warto stworzyć listę zakupów, którą zrealizuje -  zapewne w niedługim czasie - razem ze swoim Panem, w niewiarygodnym, migoczącym w oknie kuchennym sklepie osiedlowym "Jeszcze Polska nie zginęła".






czwartek, 26 września 2013

Aborcja na aborcji

Aborcja i Eutanazja były atrakcyjnymi lesbijkami o słowiańskich wypukłościach ciała. Uprawiały wyuzdany i perwersyjny seks oralny na oczach Panów zainfekowanych wścieklizną intelektualną oraz ślepo za nimi podążających prymitywów niewiedzących co począć z nadmiarem swobody światopoglądowej. Występy publiczne pary kochanek uznano za przejaw zbyt daleko posuniętej wolności prowadzącej do wykolejenia się społecznego ładu.